| Do AJBI się zachciało |
| Written by MK |
| Wednesday, 12 December 2007 20:58 |
|
Wracam do domu o godzinie 17 we wtorek. Ciemno już, bo teraz po przestawieniu czasu wcześnie zachodzi słońce. Jak co dzień na przystanku o tej porze stoi mało ludzi, wszyscy dawno już skończyli pracę i zdążyli zjeść obiad. Słucham muzyki z "empetrójki" - to trzyma mnie przy zdrowych zmysłach. Wsiadam do tramwaju i przełączam swój mózg na tryb energooszczędny, żeby starczyło sił na później. Ktoś klepie mnie w ramię. Odwracam się i widzę znajomą twarz, ale chwilę to trwa zanim przypominam sobie kto to taki. Chwilę dłuższą niż zwykle zajmuje takie przypominanie, co wynika z, jak to mówią uczniowie, ?totalnego odmóżdżenia?, czyli tego co 10 godzin lekcyjnych robi z młodym człowiekiem. - Do jakiej szkoły chodzisz? - pyta mnie kumpel, którego spotkałem zupełnie przypadkowo. - 9 LO - odpowiadam. - Taaak? A gdzie to jest? Jaki profil wybrałeś? - Na Wyżynach - podpowiadam - do "Ajbi" chodzę, wiesz, matura międzynarodowa - obserwuję jak jego wyraz twarzy diametralnie się zmienia. Mówi, że słyszał, że wie już o jaką szkołę chodzi i z czym to się je. Przyznaje, że trochę zazdrości mi tego, że mogę się uczyć tylko wybranych przedmiotów. - To pewnie masz mało roboty, co? Bo ja ze wszystkich przedmiotów zasuwam - rzuca do mnie. Ale nie zna prawdy. Nie wie jak to wygląda, bo nie doświadczył tego na własnej skórze. Ja zdążyłem się już przekonać, bo zacząłem w tym roku regularny kurs IB. Takie są realia. Przechodzisz przez pierwszy rok, tak zwane "PRE-IB", z dobrymi ocenami, trójką żeby iść na SL i czwórką przynajmniej żeby dostać się na HL. SL to taki standardzik, jak w normalnej szkole, no może poza matmą, która na SLu podobno stoi na poziomie polskiej rozszerzonej matury, a HL to rozbudowana opcja, czyli to co interesuje ciebie najbardziej i z czym tak naprawdę wiążesz przyszłość. Wybieranie sobie przyszłości już, teraz, "now" (czyt. nał), natychmiast to chyba najgorszy aspekt programu. Po pierwszej klasie nadchodzi upragniony przez wielu moment wyboru i ciach, po wakacjach kupujesz podręczniki w "Powerze" za bagatela 700 złociszy i maszerujesz dziarsko do szkoły, całe szczęście bez mundurka. Na miejscu czeka cię wiele atrakcji. Pierwszą, która przyciąga tłumy ludzi i wzbudza zazdrość wśród ogółu jest "ajbirum". Jak głosi plotka, a w zasadzie teraz to już nawet szkolna legenda, ten pokoik zamknięty za niepozornymi drzwiami to komnata rozpusty pełna luksusowego sprzętu (telewizor, playstation, lodówka, itp.) i wszelkich wynalazków ułatwiających i umilających życie. Pewien gość z pierwszej "be" ostatnio odgrażał się, zupełnie poważnie, z desperacją wymalowaną na twarzy, że przejdzie do IB ze względu na "ajbirum" właśnie. Zaprowadziliśmy go więc do naszej komnaty i co? Jego komentarz był dobitny: "To może ja podziękuję...". Tym samym potwierdza się na naszych oczach teoria, że legenda to raczej zmyślone opowiadanie, które zawiera w sobie tylko pewną cząstkę prawdy. W tym wypadku prawdą jest to, że faktycznie można w tym pokoju, odpocząć bo mamy kanapy, plus można sobie zrobić chińską zupkę w kubku lub podgrzać zapiekankę w mikrofali. Na tym jednak kończy się cały luksus i ekstrawagancja. Z założenia mamy się tam uczyć, a w praktyce każdy przychodzi tam by się zrelaksować, żeby uniknąć nabycia jakichś psychicznych dysfunkcji. O tych dysfunkcjach przekonuję się codziennie na własnej skórze. Że są możliwe rzecz jasna. Poniedziałek i wtorek spędzam w szkole od rana do wieczora praktycznie bo od początku do 16:50. Czasem okienka ratują mi życie a czasem nudzą do bólu. Pomimo tego, że mam fizykę na SLu i powinienem spędzać na lekcjach 4 godziny tygodniowo; spędzam 6 bo poziomy są połączone. Jak ktoś sobie policzy ile to razem, 3 razy po 4 godziny SL plus 3 razy po 6 godzin HL plus godzina wychowawcza i TOK, to otrzyma ilość godzin jaką spędzamy na lekcjach w tygodniu. Ja liczył nie będę bo nie umiem, ja tu od pisania artykułów jestem. Ale ci z HLa z matmy mówili mi, że to mniej więcej taka liczba godzin jak w normalnej szkole, więc chyba nie jesteśmy jednak tacy wyjątkowi... Co do matury to nas ciągle straszą, że będzie ciężko, że dużo materiału i egzaminów, że nauka teraz procentuje w przyszłości, że trzeba się starać i Bóg wie co jeszcze. Ale my wiemy swoje. Matura IB jest bardziej zdawalna niż polskie egzaminy, bo mamy inną skalę i łatwiej jest się załapać w dolnym progu. Oczywiście wszyscy chcemy napisać jak najlepiej toteż robimy tak, żeby było dobrze, znaczy żeby byli z nas zadowoleni. Niektórym wystarczy tylko pokazać, że się jest na lekcji i że się przeczytało zadanie domowe z książki. Przechodzą wtedy do wybierania swej ofiary i pytania jak co wtorek z 4 czy 5 stron z angielskiego podręcznika. Inni z kolei pytają przy tablicy, co stresuje trochę bardziej, bo tam już się ściemniać nie da i trzeba pokazać, że się wie co to jest logarytm czy jakiś wykładnik i to jeszcze po angielsku! No z drobnymi wyjątkami, bo nie każdy tego rygoru tak przestrzega i chwała mu za to, bo angielski jest zaraźliwy. Czasem łapię się na tym, że nie znam polskiego słówka i podczas rozmowy przechodzę na tryb angielski. Inni uczą się o macierzach, chyba tak się to słowo pisze, cokolwiek to jest. Siedzą w "ajbirumie" i tylko oni się uczą bo mają średnio dwa sprawdziany na tydzień. Zależy rzecz jasna co się wybrało. Rozszerzony angielski na przykład to obowiązek każdego "ajbitnego" wiec wyboru na tym polu nie ma. No to robimy projekty dla szkolnego szeryfa, żeby był zadowolony. Kręcimy filmy. Potem bawimy się w montaż, nagradzanie najlepszych i tym podobne. W sumie to całkiem sympatyczne i pozytywne patrząc na to jakie męczarnie przeżywamy normalnie na angielskim. Ok. Teraz czas na ustosunkowanie się do mojej pracy, kilka słów wyjaśnień i komentarza. Pewnie myślicie sobie, że IB ma same złe strony bo w takim świetle przedstawiam to przez cały tekst. Otóż niezupełnie. Ten ironiczny artykuł to raczej żart sytuacyjny skierowany do moich kolegów i koleżanek z grona ?ajbitnych?. Rzecz jasna, wszystko jest tutaj celowo podkoloryzowane by efekt finalny był taki a nie inny. W rzeczywistości IB to normalna klasa, w której odmienne są tylko system oceniania i to, że możemy wybrać przedmioty, które nas interesują. Dla mnie to wielka szansa i ulga zarazem, bo daje to niesamowite możliwości podjęcia ciekawych studiów w kraju i za granicą i zwalnia od obowiązku uczenia się czegoś, czego totalnie nie trawię. Szkoła jak szkoła, normalna jak każda inna. Zwyczajny budynek, sale lekcyjne, nauczyciele i uczniowie. Jak ktoś nie wierzy - zapraszam na ulicę Nałkowskiej 9 do sprawdzenia czy mówię prawdę. Kwestię tego czy warto się przekonać jak to jest na własnej skórze czy nie pozostawiam każdemu do rozpatrzenia osobiście. Ja po dwóch miesiącach jestem bogatszy o nowe doświadczenia, zarówno te poważne, jak i te śmieszne, o których zapewne będę rozmawiał ze znajomymi za parę lat w akademiku. Buła
|







